Obieraczka do ziemniaków gastronomiczna
Ajć, znów wystarczył jeden niezdarny ruch, aby od palca do nadgarstka pociekła cienka stróżka czerwonej, mętnej cieczy. Po raz kolejny daję upust swojej skrajnej niezdarności, udowadniałam sobie własne nieumiejętności manualne. To tylko głupstwo, myślę, wyjmując z szafki mały plasterek, którym chcę zakleić skaleczenie. Po chwili nadchodzi jednak fala innych, mniej neutralnych rozważań. Ty nawet ziemniaków nie potrafisz obrać tak, żeby czegoś nie zepsuć – mówi jakiś wewnętrzny głosik - popatrz, no popatrz na siebie! Co ty reprezentujesz? Porozciągany t-shirt, spodnie od dresu, ręce ubrudzone od kartofli i w dodatku krew. Nie dość, że ani grama w tobie kobiecości, to jeszcze żadnej zgrabności ruchów – stos nieuwagi i antyszyku! Niewiarygodne, do jakiego stanu jest się w stanie doprowadzić zmęczona kobieta.
Nóż od ziemniaków leżał na stole, a na jego ostrzu połyskiwała kropelka krwi. Makabryczny widok, choć przecież do żadnej zbrodni nie doszło, a całą winą tego narzędzia jest poddanie się moim nieudolnym, niechcianym autodestrukcyjnym gestom. Zabawne, jak człowiek może działać na swoją niekorzyść, nie chcąc tego przecież. Skutek własnej nieudolności. Ja – członek ludzkości, która zbudowała ogromną cywilizację ze skomplikowanymi systemami ekonomicznymi i społeczno-politycznymi, która wynalazła tak wiele rzeczy, że jest w stanie budować pojazdy, którymi można polecieć na inną planetę – ja mam problem z bezinwazyjnym obraniem ziemniaka. Naprawdę, zabawne. Należę do tego samego gatunku, do którego należeli da Vinci, Einstein czy Maria Skłodowska-Curie, a jestem tak mierna w porównaniu do innych jego przedstawicieli, że wydawać by się mogło, powinnam zaniknąć gdzieś w toku ewolucji. Ponoć na wszystkich etapach rozwoju gatunkowego potrzebne są słabsze osobniki, aby natura, życie, inni mogli je wyeliminować.
Nie jestem więc zbędna, jestem mięsem armatnim matki natury. Nikt nie mówił, że jest ona delikatnym dziewczęciem stąpającym boso po trawie, przyodzianym w letnią sukienkę. Myślę, że to raczej wojskowy strateg, bezlitosny w swoich chłodnych kalkulacjach, który nigdy nie pozwala sobie na przegraną, choć niekiedy straty odnosi ogromne. Czy jednak naprawdę wśród ludzi wciąż istnieje taki termin jak słabość gatunkowa, jak nieumiejętność przetrwania? Przecież czasy starożytnej Sparty minęły dawno temu, nikt nie osądza nas i nie skazuje jak zwierzęta – na szansę (lub jej brak) przetrwania. To, czy jesteśmy słabi, czy silni, uwarunkowane jest głównie naszym wyborem. To działania, odpowiednie wybory mogą ukazywać nas w ludzkich oczach na konkretne sposoby. Czy więc głupie skaleczenie (choć niepierwsze) jest wyznacznikiem beznadziejności istnienia? To by było głupstwo. Każdy może okazać się silnym okazem, niezależnie od umiejętności manualnych. Kierowana tym przeświadczeniem włączyłam Internet.
W najpopularniejszej wyszukiwarce na świecie wklepałam frazę „poradnik dla niezdary” i znalazłam wiele pasjonujących artykułów. Na świecie jest wiele niezdar, ale wszyscy muszą jakoś sobie z tym radzić. Jak? Rozwiązań jest mnóstwo. Od wykonywania prac bezinwazyjnych do zmniejszania ich ryzyka, np. przez odpowiednie narzędzia (mój priorytet to zakup obieraczki do ziemniaków – trudniej coś sobie zrobić). Nie trzeba się też denerwować niepowodzeniami – to naprawdę żadna tragedia jeśli od czasu do czasu poplamię dywan. Znajduję wtedy przynajmniej motywację, by go wyprać! Mogę również wykonywać wszystko wolniej – „gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”, jak mawiała moja babcia. To proste.
Postanowiłam zastosować się do rad znalezionych w Internecie, okazały się naprawdę przydatne. Nawet jeżeli jestem mięsem armatnim ewolucji, to przecież żyję i cieszę się z tego życia. Obieraczka do ziemniaków okazała się strzałem w dziesiątkę – nie skaleczyłam się już ani razu. To profesjonalny sprzęt, zainwestowałam w nią ponad trzy tysiące złotych, ale było warto. Wybawiła mnie od egzystencjalnych rozmyślań, od depresji i niechęci życia. Zabawne, że tak mała rzecz może diametralnie odwrócić patrzenie człowieka na świat. Ludzie dziwią się, kiedy widzą u mnie w domu ten sprzęt. Pytają: co to? - a kiedy udzielam odpowiedzi zasypują mnie nowym stosem pytań. Po co ci obieraczka do ziemniaków? Aż tak często je jesz? Dużo gotujesz? Najbliżsi znajomi już się przyzwyczaili. Znają mnie i wiedzą, jak wiele może znaczyć dla mnie przedmiot, który innym być może wydałby się niepotrzebnym wydatkiem. Wiedzą, jak niesamowitym lekiem na dolegliwości psychiczne związane z poczuciem własnej wartości może być obieraczka do ziemniaków.